Nie poddam się

Wpis

sobota, 01 września 2018

16

NIE ŻAŁUJĘ ŻADNEJ CHWILI Z OSTATNICH DWUDZIESTU SZEŚCIU LAT.


I nigdy nie będę żałować. Jestem innym człowiekiem to fakt. Jednak, czy gorszym? Stwierdzenie tego jeszcze przede mną. Jednak już teraz mogę z całą stanowczością powiedzieć, że gdyby życie potoczyło się inaczej… nie miałabym moich dzieci, lub one nie byłyby takie jakie są. A naprawdę życzę każdemu takich pociech, jakimi są Ż. i A. Pewnie powiecie, że to okrutne? Tak, ale życie jest okrutne.  Matka, która opiekuje się niepełnosprawnym dzieckiem, powie wam to samo. Nigdy nie zamieniłaby swojego chorego dziecka na inne zdrowe. I tak właśnie ja, nie zamieniłabym moich doświadczonych życiem dzieci na żadne beztroskie. W tych chwilach opiekowaliśmy się sobą nawzajem. Ż. ciężko pracowała przy zbiorach. Moja mama później powiedziała, że ją podziwia. Dziewczyna z miasta, nienawykła do pracy w polu, a wykonywała tę pracę bez gadania, bez biadolenia, wręcz automatycznie. Trzeba, to trzeba i koniec. A. pokazał nam jak wygląda prawdziwy mężczyzna. Opiekuńczy, wszystkiego dopilnował. Nie dość, że zajmował się zwierzętami, bo ja ledwo miałam siłę robić posiłki, to jeszcze sam robił remont obory. Poza tym wyposażał pomieszczenia. A to zrobił koryta dla kur, a to zagrodę dla zajęcy, które odkarmialiśmy odkąd je dostaliśmy na wychowanie, gdy miały dwa tygodnie. Zmobilizował nas i ogrodzenie dla kur stawialiśmy w trójkę. Jak cudownie jest robić coś razem. Mieć wsparcie w dwójce najcudowniejszych osób pod słońcem. Nie potrafię w tym momencie docenić niczego innego. Wiem tylko, że to co mi się udało w życiu, to dzieci.


Poprosiłam S. aby wziął klucze do domu od G. Nie chciałam odbierać ich osobiście. Nie jestem jeszcze gotowa, aby go widzieć. Wrócili po dwóch tygodniach i w niedzielę wybraliśmy się w trójkę do brata.


Rozmowa z S. była tragiczna. Niektórzy nie pojmują podstawowych zasad. Np. rozmowa to według mnie wymienne użycie słów w celu przekazania jakichś informacji. Co innego kłótnia, która może zawierać oskarżenia, czy jeśli ktoś nie może się oprzeć, obelgi bądź wulgaryzmy. Niestety moi bracia nie rozumieją zasad rozmowy. Ja chcę przekazać informacje dotyczące pewnej sprawy, a oni wplatują w to swoje pretensje sprzed lat. Bądź człowieku mądry i postępuj tak, aby znowu nie wywołać awantury. Bo oczywiście ja zawsze wywołuję awanturę. Jak powiedziałam kiedyś na imprezie rodzinnej braciom, że zabiorę do siebie rodziców, aby się nimi zaopiekować na starość, to się wściekli. Argumentowałam to ich brakiem czasu, tym że ich żony raczej mają swoje matki i nie będą podcierać teściów. Poparła mnie tylko A(żS). Jednak oczywiście awantura była i jeszcze niejednokrotnie zarzucano mi materializm. Do nich nie dotarło, że chcę zająć się rodzicami, bo jestem ich córką i zawsze myślałam, że będę się nimi opiekować. Teraz choć mieszkają czterdzieści kilometrów ode mnie, jeżdżę gdy mnie potrzebują, rejestruję i wożę do lekarzy, kiedy potrzeba zabieram na zakupy. Niestety moim braciom zaraz włącza się kalkulator. A nieporozumienia  z moimi braćmi występowały zazwyczaj w związku z finansami. Oni nie potrafią zrozumieć, że mi na pieniądzach nie zależy. Oczywiście nie chodzi o to, że ich nie potrzebuję, tylko że potrafię być bezinteresowna.


Wracając do rozmowy z S. Zapytałam, dlaczego G. miał szansę oczerniać mnie przed nimi, a kiedy ja chcę odpowiedzieć na zarzuty, to jest to według nich „pranie brudów”? Oświeciłam go w sprawie rozwodu bez orzekania o winie, ponieważ znam mojego byłego i zdaję sobie sprawę, że się stoczy. A wtedy będzie miał prawo zwrócić się do mnie o alimenty. Za to jeśli sąd uzna jego winę, ta szansa mu się ulotni. Nie zamierzam utrzymywać pasożyta, który niczym wampir wysysał ze mnie energię przez dwadzieścia sześć lat. Uwięził mnie w swoim świecie i nie pozwalał odetchnąć wolnością, a następnie mnie zabił.


Wytłumaczyłam S., że jeżeli chce podchodzić uczciwie i wciąż twierdzi, że ¼ firmy należy do G., to z tej jednej czwartej połowa jest moja. Bądź co bądź ja przygotowywałam im papiery o dofinansowanie (musiałam przy okazji się doszkolić). Pisali mi upoważnienia, a ja latałam po urzędach, bo ich nie było na miejscu. Jeśli dzielimy na moje i twoje, to włożyłam moje finanse na jakieś tam zakupy do firmy. Ja utrzymałam męża, gdy na początku nie było wypłat. Nie mówiąc nic o tym, że R. też pożyczył ode mnie wtedy na utrzymanie.


Nie podobało mu się to o praniu brudów, do sprawy o orzekaniu chyba go przekonałam, ale o finanse firmy oburzył się śmiertelnie. Nie dotarło do niego, że to jest wariant, jeśli będą chcieli się z nim dzielić. Po prostu ja nie mam nic do gadania. No i jak ja mam się czuć ich siostrą? Jak zwykle. To jego traktowali jak brata, a mnie jak jego żonę. A żona brata to nie brat, no i żony to zołzy, myślące tylko o kasie.


Nie wiem już ile razy zastanawiałam się o co chodzi? To, że moja rodzina ma problem, to widać gołym okiem, ale jak to się stało, że ja wywodząc się z tego samego domu widzę wszystko inaczej? Nie rozumiem jak można być tak słabym, aby nie poradzić sobie z nałogiem? Fakt, trzeba sobie najpierw uświadomić problem. Może w tym cały kłopot? Jeśli ktoś nie widzi problemu, to go nie ma?


Nie rozumiem jednak zachowania mojej rodziny w każdej kwestii jaka dotyczyła mnie. Kiedy mając już rodzinę powtarzałam, że skończę szkołę średnią, wyśmiewali się ze mnie i mówili, że nie dam rady. Kiedy w końcu zdałam wściekali się na mnie, że nic nikomu nie mówię. Kiedy szłam na prawo jazdy to samo. Słowa krytyki słyszałam, kiedy kupiłam samochód, kiedy moje dzieci kupiły samochody, kiedy kupiłam dom. Zawsze, wszystko było źle. Dlaczego? Bo nie pytałam ich o zdanie. Cofając się wstecz zaczęłam sobie przypominać ich zachowanie przez całe lata od mojego ślubu. Z początku jakoś to było, ale kiedy okazało się, że z G. łatwo nie będzie bracia zaczęli stawać przeciwko mnie. Kiedy nie chciałam, aby pił, wlewali mu alkohol do kieliszka i mówili, że jeśli mnie tknie po powrocie do domu, to będzie miał z nimi do czynienia. Kto zna problem alkoholowy, będzie wiedział, że to chore podejście.


Przez dziewięć lat mieszkania na działce bałam się każdej obcej osoby podchodzącej do bramki. Dlaczego? Mój tata wciąż mi powtarzał, że zabierze mi dzieci, bo nie potrafię zapewnić im warunków do życia. A bracia mu w tym sekundowali. Zawsze miałam świadomość, że dzieci można zabrać rodzicom z mniej problematycznych powodów. Wiedziałam, że picie mojego męża i mieszkanie na działce w tym samym pomieszczeniu z dwójką dorastających dzieci może być atutem, gdyby moi rodzice chcieli interweniować. Dlatego mój strach nie był bezpodstawny. A. miał chyba z sześć lat, kiedy płacząc prosił mnie aby dziadek go nie zabrał.


Kiedy Ż. pochwaliła się, że dostała się na studia… No wtedy była cała granda. Przecież nie ma robotników. Nie ma wyspecjalizowanych rąk do czarnej roboty, a ja córkę na studia posyłam. Zawsze wychodziłam z założenia, że jeśli moje dzieci będą chciały być fryzjerami, czy mechanikami, to kurs przysposabiający do takiego zawodu łatwiej zrobić w dorosłym życiu niż studia. Jednak moje tłumaczenia na nic się nie zdały. Rodzice wybrali mi zawód krawcowej, S. jest technikiem dokumentacji budowlanej, R. blacharzem samochodowym, a Ł. stolarzem. Żadne z nas nie pracuje w swoim zawodzie. No i skończyło się na załamaniu Ż., która chciała się pochwalić, a wywołała rodzinną awanturę.


Kiedyś bratowa poprosiła mnie abym się zaopiekowała ich dziećmi. Przy okazji umówiła wizytę u znajomej fryzjerki na obcięcie K. Fryzjerkę znałam z opowiadań bardzo dobrze. Przyjaźniła się z moimi braćmi od kilkunastu lat. Obcinała się u niej również moja mama. Jednak ta dziewczyna o moim istnieniu nie wiedziała. Porozmawiałyśmy, twierdziła że zawsze nazywała chłopaków swoimi braciszkami, ale oni nigdy przez te wszystkie lata nie wspomnieli, że mają już siostrę.



Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
niezalujniczego
Czas publikacji:
sobota, 01 września 2018 09:47

Polecane wpisy

Ostatnie wpisy

Kanał informacyjny